Mateusz Plichta przed ligowym hitem: Dam z siebie 120 procent

W Wielką Sobotę o godz. 13 czeka nas mecz na szczycie – lider Ekstraligi rugby (Ogniwo Sopot), podejmie wicelidera (Orkan Sochaczew).

Dla sopockiego łącznika młyna, Mateusza Plichty będzie to mecz szczególny. Jest wychowankiem Orkana, a od kilku lat gra na chwałę Ogniwa i jest ważną częścią #OgniwoFamily.

Bilety na mecz zakupicie na stronie ogniwo.ticketsoft.pl.

Jaki to będzie mecz dla ciebie? Obserwatorzy Ekstraligi rugby mówią, że to przedwczesny finał.

– Z kim będę grał w finale nie ma dla mnie większego znaczenia. Najważniejsza jest wygrana w sobotę, dziś jestem w Sopocie, gram dla Ogniwa, to jest moja rodzina, tu mnie przyjęli jak swojego, nad morzem czuję się fantastycznie. Zwycięstwa Ogniwa są dla mnie priorytetem.

Jakie są twoje relacje z Orkanem?

– Bardzo dobre. Zawsze, gdy wracam do Sochaczewa, trenuję na siłowni z moimi najlepszymi kolegami, którzy dziś grają dla Orkana. Gdy brałem ślub, przed kościołem były dwa szpalery – jeden ustawiony z piłek Ogniwa, drugi z piłek Orkana. Koledzy z Sochaczewa są dla mnie tak ważni, że z szacunku dla nich, w sobotę dam z siebie 120 procent. Wiem, że oni postąpią podobnie, dlatego spodziewam się bardzo dobrego widowiska. O to chodzi w sporcie. Po meczu siądziemy wspólnie i będziemy analizować co działo się w meczu, oczywiście z uśmiechem i w duchu rugbowego porozumienia i zasad.

Staniesz naprzeciw swego brata Dawida.

– Odpuszczania nie będzie. Obaj jesteśmy dumni, że wychowaliśmy się w Sochaczewie. To dla mnie przyjemność, że moje dwa ukochane kluby grają w hicie Ekstraligi. Pod koniec poprzedniego sezonu, Ogniwo przegrało w Sochaczewie 17:34. Po meczu zapraszałem znajomych z Sochaczewa na działkę moich rodziców na imprezę. Mecz przegrany, więc kumple pytają: To co, nie ma imprezy? Ja odpowiadałem: Wszystko zgodnie z planem, dałem z siebie wszystko, wy byliście lepsi, zapraszam.

Jak doszło do tego, że trafiłeś do Ogniwa Sopot?

– Kilka lat temu czasy w Sochaczewie były inne niż dzisiaj, o wiele słabsze, nie było perspektyw. Na treningach zimą było dosłownie kilka osób: mój brat Dawid, ja i trener Bogdan Wróbel. Świetny trener, gdyby nie on, drużyna mogłaby się rozpaść. Brat odszedł do Łodzi, ja po maturze złożyłem papiery na AWF w Warszawie, ale w międzyczasie dostałem powołanie do reprezentacji Polski rugby 7 od trenera  Blikkiesa Groenewalda. Jeden z turniejów był w Gdyni, wtedy dostałem ofertę z Ogniwa. We wszystkich kadrach młodzieżowych moim trenerem był Karol Czyż, Ogniwo było klubem o ciekawych perspektywach, dodatkowo na przejście namawiał mnie Marek Przychocki. Zdecydowałem się na przyjazd na studia na AWFiS do Gdańska i związanie się z Ogniwem Sopot. To był bardzo dobry wybór, Ogniwo jest ważną częścią mojego życia.

Wracając jeszcze do Sochaczewa – jaki jest fenomen rugby w tym mieście?

– Wszyscy wiedzą w Sochaczewie czym jest rugby, każdy miał okazję go dotknąć i trzymać piłkę w rękach. Całe życie, w tym towarzyskie, toczy się wokół tego sportu. Jeśli chcesz coś osiągnąć jako sportowiec, rugby jest najprostszą drogą. W szkole rugby jest promowane, a na rugbistów patrzy się przychylnym okiem. Mój tata, który pracuje ze swoją brygadą, codziennie o 10 ma przerwę. Wówczas jest obowiązkowy telefon do mnie, potem do mojego brata, są pytania o treningi i przewidywane składy. W Sochaczewie podczas przerwy na kawę czy herbatę nie mówi się o polityce, a o rugby. Mój szwagier, który też grał w rugby, w przerwie meczów Orkana robi w kilka osób wideokonferencję, analizują kto dobrze gra, co trzeba poprawić. W Sochaczewie głód sukcesu jest ogromny. Być może dlatego, że Orkan do tej pory najwyżej finiszował na trzecim miejscu, a Ogniwo już 11 razy było mistrzem kraju. Nigdy w historii sochaczewskie rugby nie było tak mocne jak dziś.

Jaka jest różnica między Sopotem i Sochaczewem?

– To miasta o zbliżonej wielkości. Różnica polega na tym, że Sopot jest położony w innym miejscu Polski. Sopot miałby zbliżony klimat do Sochaczewa, gdyby nie miał obok siebie Gdańska i Gdyni. Na co trzecim samochodzie są naklejki Ogniwa, miasto żyje rugby, ale jest więcej atrakcji pozasportowych (śmiech).

Jaka była twoja droga do rugby?  

– Rodzice chcieli byśmy uprawiali jakiś sport. Zapisali mnie na judo, z tej okazji sprawili mi piękne kimono. Mnie już bardziej ciągnęło do rugby, potrenowałem judo jeszcze kilka tygodni i dołączyłem do starszego o trzy lata brata oraz kolegów z podwórka, którzy już trenowali rugby. Byłem wtedy w zerówce, rodzicom było na rękę, że byliśmy z bratem w jednym miejscu. Trenowaliśmy ze starszymi dziećmi, nie było podziału na kategorie wiekowe.

Nie ograniczasz się do bycia zawodnikiem, pracujesz również w Akademii Rugby Milwaukee Ogniwo Sopot.

– Skończyłem studia na AWFiS i udało mi się porozumieć w Ogniwem, bym został koordynatorem Akademii. Moja praca w tym charakterze rozpoczęła się we wrześniu 2021 r. Gdy zaczynałem mieliśmy około 60 dzieci, dziś mamy ich 140, we wszystkich kategoriach wiekowych.

Niezły progres.

– Miło słyszeć, chociaż przyznaję, że nie jest to praca łatwa. Nie jest tak, że pójdziemy do którejś z trójmiejskich szkół, rzucimy piłkę do rugby i następnego dnia dzieci przyjdą na trening. Zmagamy się ze sporą konkurencją w postaci piłki nożnej, koszykówki, siatkówki, piłki ręcznej czy nawet żeglarstwa – wszystkie te dyscypliny są na wysokim, ligowym poziomie. Rugby to fajna przygoda, ale trudno z tego wyżyć.

Ty jesteś trenerem jednej z grup w Akademii?

– Nie. Zajmuję się koordynowaniem prac całości Akademii Ogniwa Sopot, współpracuję z trenerami, ustalamy razem wspólną strategię, pomagam przy organizacji wyjazdów i obozów.

Przedstaw proszę kadrę trenerską Akademii Ogniwa Sopot.

– W mikrusach mamy 50 zawodników i dwóch trenerów – Wiktor Wilczuk i Monika Grządziela, w miniżakach około 25 zawodników i trenerów Łukasza Kilara i Kacpra Drewczyńskiego, w żakach około 20 zawodników – Sebastiana Misiaka, w młodzikach około 25 zawodników trenuje pod okiem Tomasza Formeli, a w juniorach/kadetach Robert Rogowski ma 20 rugbistów.

Sami członkowie #OgniwoFamily.

– Chcieliśmy stworzyć swoistą piramidę i to się udaje. Im niższa kategoria wiekowa tym więcej dzieci. Ciężko przyciągnąć młodzież 16-letnią, w tym wieku ma się już inne plany na życie. Chcemy wychowywać dzieci w etosie rugby już od najmłodszego wieku. W ciągu 2-3 lat będziemy zbierać owoce dzisiejszych działań. Krokiem milowym było otwarcie szkoły Gortata, pięciu zawodników rozpoczęło w szkole przy Meissnera. Ja pełnię rolę trenera rugbistów, którzy są z zasadzie młodymi zawodowcami. Trenują siedem razy w tygodniu według ściśle określonego planu. W kolejnym roku szkolnym będziemy mieli już o wiele więcej miejsc, chcemy przyciągnąć młodzież już nie tylko z Ogniwa, ale też otworzyć się na całą Polskę. Chcemy jak najlepiej przygotować młodzież do wejścia w wiek seniora. Sam za młodu chciałbym chodzić do szkoły, gdzie na tacy mam podane wszystko – rano trening, potem szkoła, obiad, potem trening w klubie.

Ogniwo ostatnio nawiązało współpracę z Politechniką Gdańską.

– Kolejny dobry krok. Szkoła Gortata doskonale przygotowuje właśnie do studiów na uczelni technicznej. Koszykarze z tej szkoły najczęściej właśnie kontynuują naukę na Politechnice. Fajnie się to zazębia, oczywiście nie od razu. Żeby zebrać żniwo, zasiać trzeba teraz. Tak to działa.

W twojej dotychczasowej przygodzie z rugby co było największym sukcesem?

– W ostatnim miesiącu poprzedniego sezonu osiągnąłem swego rodzaju kumulację: obroniłem tytuł mistrza Polski z Ogniwem, obroniłem tytuł magistra na gdańskiej AWFiS, przeżyłem wieczór kawalerski i jako ukoronowanie – zmieniłem stan cywilny. Bardzo cenię oba mistrzostwa Polski z Ogniwem Sopot. Dobrze pamiętam mecz z Holandią na otwarcie stadionu Widzewa Łódź, gdzie przyszło 10 tysięcy ludzi, wygraliśmy ten mecz w ostatnich minutach. Poza tym gra w mistrzostwach Europy w rugby 7, na pełnym stadionie w Exeter prowadziliśmy z Anglią 12:0 do przerwy, a ja miałem przyłożenie, grając przeciw moim idolom jak Dan Norton, Tom Mitchell. Trochę tego było, ale jak każdy sportowiec patrzę naprzód i liczę, że najlepsze jeszcze przede mną.

Tydzień temu nasza reprezentacja odniosła wielki sukces, kwalifikując się do rozgrywek Championship. Ty przeważnie jesteś w kadrze rezerwowym.

– To decyzja trenera, mam na nią wpływ o tyle, że zawsze na zgrupowaniu staram się dać z siebie 120 procent. Rugby jest sportem zespołowym, najważniejszy jest sukces drużyny. Jestem częścią tej ekipy, w meczu z Litwą byłem na ławce, a co ma powiedzieć 12 zawodników, którzy powędrowali na trybuny? Jeśli ktoś się obraża, że nie jest w składzie, w rugby dla niego nie ma miejsca. Dla mnie to, że jestem rezerwowym stanowi dodatkową motywacją, żeby jeszcze więcej i mocniej trenować. Każdy z nas tak myśli i dzieje się tak z korzyścią dla Biało-Czerwonych.

Jakie masz cele krótko- i długoterminowe?

– Zdobycie trzeciego, kolejnego mistrzostwa Polski z Ogniwem i ukoronowanie pewnej ery. Cele reprezentacyjne to wygrać choć jeden mecz w dywizji Championship.

I na koniec pytanie w zasadzie najważniejsze – skąd się wzięła twoja ksywa „Rysiek”? Dlatego, że wszystkie Ryśki to fajne chłopaki?

– Trafiłeś! Gdy byłem mały, mój tata oglądał kultową komedię „Miś” i tak właśnie zaczął do mnie mówił: „Rysiek”. Może nawet kiedyś ja tak nazwę swojego syna? Kto wie?

Rozmawiał Maciej Słomiński.

guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
Michał Dudek
Michał Dudek

Dobry wywiad!
Szkoda, że tak mało można poczytać o polskim rugby. Wszystko spoczywa na barkach trzech, może czterech dziennikarzy. Oby to się ruszyło, bo w następnym sezonie gramy z Gruzją, Holandią i Portugalią i fajnie byłoby móc o tym poczytać i podyskutować (przynajmniej w komentarzach).
Mecz Ogniwa z Orkanem zapowiada sie na prawdziwy hit i trochę szkoda, że nie zostanie pokazany na otwartej antenie TVP Sport.

Share This
Koszyk
  • Brak produktów w koszyku